Liverpool zwycięzcą Ligi Mistrzów!

19. 06. 02
posted by: Przemysław Pater
Odsłony: 224

Zrobili to. Ograniczyli atuty Tottenhamu do tego stopnia, że Spurs przez trzy czwarte meczu nie potrafił oddać groźnego strzału. Byli wyrachowani, byli skuteczni, byli mądrzejsi, byli – po prostu – lepsi. Liverpool najlepszą drużyną Europy sezonu 18/19 – trofeum trafia w godne ręce.

Ten mecz zaczął się… nie, nie będziemy 40105194141591 używać ładnego, ale wyświechtanego jak stare sztruksy odwołania do dziadka Hitchcocka, powiemy lepiej: ten mecz zaczął się, jakby był tegorocznym rewanżem półfinału Ligi Mistrzów. Specjalnie sprawdziliśmy: wiecie co można zrobić w mniej niż trzydzieści sekund? Zrobić około siedmiu przysiadów;
przeczytać 1/13659 „Nad Niemnem”; zamówić chińskie (jak nie jesteś wybredny i nie kręcisz przy sosach, przecież i tak będziesz jadł z ostrym); Wysłać mamie smsa, że ją kochasz; Sprokurować karnego w finale Ligi Mistrzów.

To ostatnie dołączyło do listy stosunkowo nie dawno, bo dzisiaj: to rekordowo szybko podyktowana jedenastka, historyczna dla europejskich finałów. 

Nie będziemy udawać ultraekspertów: to kolejna ręka z kategorii „dwa tygodnie kontrowersji”. Już słyszeliśmy zarówno opinie, że jest niezgodna z duchem gry, jak i taką, że takie są przepisy i koniec. 

W każdym razie są gorsze otwarcia finałów, niż gol po minucie. Mieliśmy taką teorię, że ten mecz może być śmiertelnie nudny. Ta Liga Mistrzów była aż zbyt ciekawa, dla równowagi w meczu o wszystko – meczu dwóch cholernie ekscytujących drużyn, które zapisały hollywoodzkie scenariusze w półfinale – odegrana zostanie interpretacja spotkania Radomiak – Siarka (jakaś zaległa kolejka, termin w środę o 12, najlepiej luty). Tu tymczasem zapachniało kolejnym Wielkim Meczem, kolejnym triumfem piłki nożnej, kolejnym scenariuszem nie z tej ziemi.

A potem jednak wciągnęło taśmę, poszedł ten Radomiak. Nie taki znowu zły, jak ktoś ceni taktyczne nowinki – Liverpool miał wymarzony wynik, przecież bez sensu było forsować tempo, nie zrobiłby tego żaden trener (no, może poza Zdenkiem Zemanem) i żaden piłkarz. Liverpool osiągnął błyskawicznie cel w postaci bramki, a potem zastosował się do jedynego rozsądnego w tej sytuacji scenariusza – oddania piłki Tottenhamowi i czyhaniu na kontry.

To wciąż mogło przynieść kapitalne emocje już w pierwszej połowie. Ofensywa „Spurs” nie wypadła przecież kogutowi spod ogona. Ale nie przyniosła, bo LFC skutecznie pozatykało armaty LFC. Kane, Alli, Eriksen, Son – ta maszyna zupełnie nie funkcjonowała, przez co do rangi wydarzenia urósł rajd jakiejś blondyny przez środek boiska. Jedno zabłąkane podanie Eriksena, jakiś drybling Sona, ale w zasadzie nic, co by mogło faktycznie zagrozić Alissonowi. Liverpool natomiast grał swoje, oddał dwa niezłe strzały z dystansu – raz Alexander-Arnold, raz Robertson – a czas płynął mu całkiem szybko.

W przerwie to Pochettino był na musiku. Zmiany, choćby taktyczne, były konieczne. Przecież Tottenham nie oddał nawet celnego strzału. 

I za prędko się go nie doczekał, zapachniało aż Ekstraklasą: 72 minuta, pierwsze trafienie w światło bramki, oczywiście po klasycznym, staropolskim centrostrzale.

Do tamtego czasu Liverpool mógł już skończyć ten mecz, może nawet powinien. Groźnie – a przede wszystkim ciekawie – strzelał wprowadzony James Milner. Jak egipski dzik szarżował Salah. Lloris musiał się też wykazać przed Sadio Mane. Poza tym rzetelność w defensywie godna fińskiej armii.

I chyba Liverpool poczuł się aż za pewnie, usypiając samego siebie, bo w ostatnim kwadransie zaprosił Tottenham do tańca. 1:0 to wciąż o jeden centrostrzał życia od remisu. Koguty późno bo późno, ale to zrozumiały: torpedę godną Kodżiro posłał z dystansu Son. Lucas Moura zgłosił swój akces do kandydatury dżokera wszech czasów. Eriksen wkręcał z rzutu wolnego, Tottenham naciskał raz, drugi, trzeci, ale za każdym razem Alisson przypominał dlaczego wydano na niego tyle forsy. W zasadzie należy zapytać: czy z Alissonem w składzie od zeszłego sezonu dziś Liverpool broniłby tytułu?

LFC dobiło Tottenham na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry. Strzelcem Origi – asystentem nie kto inny, jak Chaos W Defensywie Spurs – Origi, który rok temu o tej porze grał w barażu o utrzymanie z Holstein Kiel, teraz pieczętował zdobycie Champions League. Piłka często spuszcza ze schodów, ale też podstawia windę.

Spurs jeszcze się spięło, jeszcze ruszyło, ale w praktyce były to tylko minuty na podniesienie noty Alissonowi. Wygrał lepszy, wygrał mądrzejszy, wygrał ten, kto na to zasłużył. Nie ma w tym triumfie przypadku, tak jak nie ma przypadku w coraz lepszej grze Liverpoolu. Gdy Klopp obejmował The Reds, był to zespół uznany, szanowany, ale trudno go było nazwać europejskim potentatem. Teraz to absolutny top. Może nie ma w tym sezonie pełni szczęścia, bo brakło tytułu w Anglii, ale chyba żaden kibic Liverpoolu nie powie, że jest rozczarowany. Bo triumf w Lidze Mistrzów to jedno, ale przede wszystkim widać wielką, owocną pracę. Widać zespół, którego może zazdrościć cała Europa. Widać jeszcze wyraźniej wspaniały warsztat trenerski jednego z najlepszych szkoleniowców naszych czasów. To, co jest wielką mocą Liverpoolu, to że bardzo łatwo wzbudzają sympatię – czasy globalizacji sprzyjają, by przekuć to w kolejny krok ku trwałej, a nie chwilowej potędze.

Tottenham – Liverpool 0:2

Salah 1 (karny), Origi 87